
Matt: Cześć, Trojan! Mógłbyś się przedstawić?
Trojan: Pochodzę z małego miasta na południowych obrzeżach Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. Wychowałem się tam w robotniczej dzielnicy, okna naszego mieszkania wychodziły na bramę kopalni, na której pracowała dosłownie cała moja rodzina. Zostałem punkiem jesienią 1981 roku – w październiku pojechałem do Katowic na koncert łódzkiego zespołu Brak i zachwyciła mnie agresywna muzyka w połączeniu z politycznymi tekstami (polityką interesowałem się od dzieciństwa). W drugiej połowie lat 80. zostałem skinheadem. Byłem również jednym z redaktorów pierwszego polskiego skinzina, Fajnej Gazety. Po 1993 roku wycofałem się ze sceny skinheadów.
Gdzie i kiedy pojawili się pierwsi skinheadzi w Polsce?
Podobno pierwsi skini byli na początku lat 80 w Gdańsku (działała tam też tzw. Faszystowska Armia Odnowy ale „faszyści” to była wtedy zupełnie inna subkultura). Potem pojawili się w Warszawie: Tyc i Pokrop to znane osoby z tej ekipy. W Lublinie był niejaki Partyzant, który chyba w 1984 w Jarocinie usiłował mi zerwać odznakę Crass. Nawet się nie zorientowałem – on wyciągnął w moją stronę rękę i krzyknął coś, co ja zrozumiałem jako „Raz!”; dopiero potem dowiedziałem się o wcześniej mi nieznanym antagonizmie między skinami i punkami.
Według legendy miejskiej, pierwsi polscy skini pojawili się w Szczecinie około 1981 roku i podobno spotykali się na terenie Zamku Książąt Pomorskich. Historia ta rozbawiła kabareciarza Artura Andrusa na tyle, że w 2012 roku nawiązał do niej w swojej piosence „Glanki i pacyfki”.1
O skinach ze Szczecina nic nie słyszałem, ale jest to możliwe, bo w Polsce nowinki docierały najszybciej do miast portowych. „Trójmiasto” na wybrzeżu Bałtyku, składające się z Gdańska, Gdyni i Sopotu, było również idealnie położone do wchłaniania wpływów zewnętrznych.
Jest taki facet – były polski skin z początku lat 90. – który wówczas pracuje nad książką o polskich skinheadach. Twierdzi, że pierwsi skini pojawili się w Polsce już w 1979 roku. Czy wydaje ci się to prawdopodobne?
Nie wiem. Trudno to zweryfikować. W polskich mediach o skinach pisano po raz pierwszy po „lecie nienawiści” (rozruchy po koncercie w Southall) 1981. Ale, jak już mówiłem, w miastach portowych informacje docierały kanałami nieformalnymi, przez marynarzy, którzy np. sprzedawali płyty. Tak więc nie jest to niemożliwe..

Czym była subkultura „faszystów”, o której właśnie wspomniałeś?
„Faszyści” to była subkultura pseudopolityczna – skrajny antykomunizm i totalny bunt przeciw społeczeństwu. Przejawiali swą aktywność głównie w biciu, wymuszaniu i okradaniu rówieśników oraz wandalizmie i malowaniu swastyk (nie zawsze to potrafili – widziałem taką, która w pionie była lewoskrętna a w poziomie prawoskrętna). [śmiech] Starali się ubierać jak naziści z filmów: czarne kolejarskie mundury, niemieckie hełmy z II wojny… Pamiętam taką ekipę na jakimś koncercie (Maanam? Kat?) w Katowicach na początku lat 80.
Jaka była twoja ewolucja polityczna przed i w okresie skinheadowskim?
Moja droga zaczęła się od dysydenckich nurtów komunizmu – interesowała mnie zwłaszcza włoska Autonomia Robotnicza (a konkretnie Czerwone Brygady) i maoizm. Chyba interesowałem się też Opozycją Robotniczą Szliapnikowa, choć nie jestem pewien, czy o Szlapnikowie nie dowiedziałem się później, bo mogłem o nim czytać w książce wydanej w 1983 roku – a więc już jako anarchista. Potem byłem anarchistycznym punkiem oscylującym między syndykalizmem a nihilizmem. Potem Oi skinem – pasowały mi wtedy klimaty brytyjskiego Oi z czasów Gary Bushella: antypolitycznego ale patriotycznego i ludowego, a przez to lekko lewicującego. Potem stałem się nacjonalistycznym skinheadem, w tym okresie fascynowałem się Zadrugą (która, obok Legionu Młodych, była czymś w rodzaju polskiego odpowiednika nacjonalbolszewizmu) i strasseryzmem. Uważałem się za „narodowego rewolucjonistę” i znałem dobrze chłopaków z narodowo-komunistycznego zespołu Sztorm 68. Ale ten kierunek nigdy nie był w Polsce silny. Tu prawica jest konserwatywno-katolicka i prokapitalistyczna a lewica (przynajmniej po 1989) liberalna i proeuropejska.
Wspomniałeś, że w 1984 roku skinhead wyciął naszywkę Crass z twojej kurtki. Czy to było twoje pierwsze spotkanie ze skinheadami, czy miałeś już z nimi do czynienia wcześniej?
Nie wyciął, tylko chciał wyrwać, nieskutecznie… Na początku lat 80 w akademikach w Katowicach-Ligocie mieszkał typ o przezwisku „Łysy”, który miał ogoloną głowę (co wtedy było rzadko spotykane), był agresywny i o którym mówiono, że jest rasistą. Nie wiem jednak, czy był skinem, czy to przypadkowa zbieżność, zresztą ja wtedy nie wiedziałem jeszcze o istnieniu skinów. Później dotarły do mnie wiadomości z gazet i na koncertach widywałem krótko ostrzyżonych kolesi w dżinsowych kurtkach ale oni na ogół trzymali się z punkami i nie wyróżniali się z tłumu. Natomiast w 1984 już było widać, że to odrębna grupa.

Kiedy zaczęły się większe bojki między skinami a punkami?
W 1985 w Jarocinie była pierwsza duża bójka między skinami z Wrocławia (skandowli „SS – WKS” tj. Wojskowy Klub Sportowy) i punkami.
A ty tam byleś?
Byłem na tym koncercie, ale stałem w gęstym tłumie w sporej odległości i nie wiedziałem, co się dzieje. Wiadomo było tylko, że jest jakaś awantura. Zobaczyłem to dopiero później, bo mój kumpel-hipis, nieżyjący już Jurek P., robił film VHS o Jarocinie. Widać na nim, choć ze sporej odległości, jak w czasie pogo pod scenę podchodzi zwarta grupa może 20-30 typów, którzy nie pogują ale odpychają punków. Wtedy właśnie skandowali „WKS-SS” klaszcząc po kibicowsku w dłonie. Punki też zbierają się w grupę, grupy stoją naprzeciw siebie, przekrzykują się, nagle padają pierwsze ciosy i zaczyna się ogólna bijatyka. Co ciekawe, o ile dobrze pamiętam, po stronie skinów był typ z irokezem a po stronie punków gość z ogoloną głową…
Czy punki zazwyczaj po prostu uciekały, czy też czasem miały przewagę?
Bywało różnie, ale na ogół skini mieli przewagę. Punki nie były pacyfistami, też potrafili chuliganić, ale byli mniej sprawni, zdeterminowani i zorganizowani. Skinów było mniej ale po pierwsze byli średnio o kilka lat starsi od punków, po drugie – dobrze się znali i działali solidarnie. Przypomnę, że praktycznie wszyscy skini na początku byli punkami z tzw. starej załogi. Do tego dochodził czynnik zaskoczenia – punki początkowo nie rozumiały, dlaczego skini ich atakują. Mam przed oczami taki obrazek: któryś festiwal Gdańskiej Sceny Alternatywnej miał miejsce na molo w Sopocie. Większość skinów, nie mając pieniędzy na wejście, pozostała za ogrodzeniem. Widziałem, jak grupka skinów wyzywała przez pręty ogrodzenia punków, by wyszli się bić; punkowcy spuszczali głowy i milczeli. Wyglądali jak owce zamknięte w jakiejś zagrodzie, poza którą grozi śmiertelne niebezpieczeństwo od wilczych kłów…

Dopiero w latach 90, kiedy pojawiły się bojowe załogi punkowe jak PBB (Punk Brigade Banditen) we Wrocławiu, walki były bardziej wyrównywane, ale i wtedy przewaga należała na ogół do skinów.
Jakie reakcje wywołały w tobie bijatyki skinheadów? Jako punk byłeś oburzony tą zorganizowaną przemocą, czy wręcz przeciwnie – zafascynowała cię ich siła i poczucie wspólnoty?
Jedno drugiemu nie przeszkadza. Wychowywałem się w robotniczej dzielnicy, gdzie siła fizyczna, odwaga, solidarność, sprawność w bójkach były wysoko cenione. Trudno, żeby mi to nie imponowało. Ale moją pierwszą reakcją była próba organizowania jakiejś samoobrony spośród ziomków. A przede wszystkim łagodzenie konfliktów. Jako fan Sham 69 wierzyłem jeszcze naiwnie, że „If the kids are united then we’ll never be divided”.
Opowiedz mi troche o wydarzeniach w Jarocinie w kolejnych latach, w których uczestniczyłeś już jako skinhead.
Jako skin byłem w Jarocinie dwa razy. To takie urwane obrazy… Sosnowiecka ekipa chciała bić Owsiaka i jego fanów z Towarzystwa Przyjaciół Chińskich Ręczników – wtedy Owsiak był lansowany przez Polskie Radio pod takim szyldem. Owsiakowcy robili happening pod hasłem „Uwolnić słonia” a my wołaliśmy: „Zabić słonia skurwysyna”. Ale dla reszty skinów głównym wrogiem byli oczywiście punkowcy. Nieliczna grupka skinów czaiła się pod podcieniach jarocińskiego ratusza, bez porównania liczniejsze punki krążyły dookoła, do otwartej rozróby nie dochodziło ze względu na obecność policji… Potem (a może wcześniej) doszło do awantury z policją. Jakiś punk miał stoczyć pojedynek ze skinem, policja obu zatrzymała, bodaj Płetwa z Sosnowca otworzył drzwi radiowozu, by tamci mogli uciec, więc policjanci jego próbowali złapać. Miało miejsce straszne zamieszanie, biegaliśmy w różnych kierunkach, doświadczony w zadymach Szerman wcisnął mi dżinsową kurtkę Płetwy, by ten łatwiej mógł się zgubić w tłumie…
Ostatni raz byłem w Jarocinie chyba w 88, już tylko z Długim. Zaraz na początku podszedł do mnie koleś, niejaki Abadon, którego ja znałem jako młodego punka z Krakowa. Spod kurtki wyjął flaszkę wódki i koniecznie chciał się ze mną napić. Potem Długi mówi: “Więc to jest ten legendarny Abadon z Krakowa?” Okazało się, że koleś w międzyczasie stał się przywódcą skinów „Cracovii” Kraków.
Ale tak ogólnie to było smutno, mało znajomych, zero zabawy… W 89 nie byłem już w Jarocinie choć ekipa z Sosnowca pojechała, jak to nazwał Szczygieł, na “ćwiczenia rezerwy”…
Chyba zostałeś skinem w 1986 lub 87 roku?
W 1986 na Zlot Młodzieży Cynicznej (taki festiwal) w Gdyni jechałem jeszcze punk, więc konwersja dokonała się chyba w następnym roku. Ale to był rozłożony w czasie proces a nie raptowna przemiana z Szawła w Pawła. Przez pewien czas byłem „punkiem-trzymającym-ze-skinami” (to były wtedy dość częste przypadki), ale w końcu utożsamiłem się z tą subkulturą. Jeszcze jednodniówka Oi! (która była tylko czterema skopiowanymi stronami DIN A5 zawierającymi wywiad z niemieckim zespołem Oi Vandalen i nic więcej) była robiona dla propagowania hasła „Punx and skins unite and win!”. Fajna Gazeta była już czysto skinowska.
Hasło jedności punków i skinów nie zostało przyjęte?
Nie było szans. Przecież skini nie po to odróżniali się i odcinali od punków, żeby teraz się z nimi jednoczyć. Tylko jednostki to akceptowały. Pamiętam, że na którymś koncercie, na którym raz po raz łagodziłem spory między znajomymi z różnych subkultur, Majcher powiedział: “Dość tego! Ciągle mnie od kogoś odciągasz. Umawiamy się tak, że ja będę bić twoich znajomych a ty moich” [śmiech]. A polskie punki też nie były zachwycone Oi. Jeden z punkzinów zdefiniował Oi jako „mieszaninę pseudosocjalistycznych haseł i typowo prawicowej brutalności”.
Czy przeprowadziłeś ten wywiad sam, czy po prostu przetłumaczyłeś wywiad, który znalazłeś?
Sam przeprowadziłem ten wywiaddrogą pocztową.
Dlaczego akurat zachodnioniemiecki zespół? Antyniemieckie postawy zawsze były silne w Polsce, a później, jako skin-nacjonalista, antyniemieckość stała się chyba częścią twoich zasadniczych postaw?
No właśnie – wtedy jeszcze nie byłem nacjonalistą. Ważne było dla mnie ich antypolityczne przesłanie.
Jak udało ci się przełamać barierę językową? W polskich szkołach nie uczono wtedy tylko rosyjskiego?
Bez przesady. Język angielski i inne języki zachodnie były nauczane w szkołach średnich w PRL. Wystarczało, żeby ze słownikiem w ręku prowadzić korespondencję (która zresztą dała mi więcej niż nauka w szkole).
Więc utwory „Solidarity” (Angelic Upstarts) i „Poland” (Skrewdriver) rozumiało się w Polsce?
Ogólny ich sens były zrozumiały.
Oryginalna wersja „Solidarity” [opublikowana tylko na kompilacji Lost & Found Upstartsów] jest opisana jako „polska pieśń ludowa”. Pamiętam, że lata temu moja była partnerka powiedziała mi coś o polskiej wersji, niby zatytułowanej „To jest strajk”, ale nigdy jej nie znalazłem.
Twoje poszukiwania dobiegły końca. Utwór „Solidarity” był oparty na autentycznej piosence strajkowej „Boże nasz”.
Porozmawiajmy o tak zwanej komercjalizacji punka. Od 1985/86 roku znaczna liczba byłych punków stawała się skinami. Często słyszałem, że polscy punkowcy przeszli na skinheadów w połowie lat 80. m.in. dlatego, że punk stał się „skomercjalizowany”. Trudno sobie wyobrazić, co dokładnie oznacza „komercjalizacja” w kraju takim jak PRL, który przecież był państwem bez rynku działającego na zasadzie zysku.
No niezupełnie tak. W PRL w latach 80 była silnie rozwinięta „szara strefa” gospodarcza – sam pierwszą kasetę Sex Pistols, oczywiście piracką, kupiłem na targowisku w Katowicach około 1980. Ale to prawda, że komercjalizacja sensu stricte to raczej lata 90, kiedy wydawnictwa zinów i kaset, wytwórnie koszulek itp. stały się prawdziwymi przedsiębiorstwami a przez tzw. czad-giełdy przelewały się grube pieniądze. Natomiast w drugiej połowie lat 80 nastąpiło umasowienie punka. Punk-rock coraz częściej pojawiał się w publicznym radio („Cały Ten Rock” Marka Wiernika w Polskim Radio-III, audycje Tomka Ryłki w Rozgłośni Harcerskiej), punk-rockowe zespoły występowały (i to nieraz za honorarium!) nie tylko w klubach studenckich ale też w osiedlowych klubach i wiejskich domach kultury, odbywały się nawet tzw. pogoteki. Punk przestał szokować. Załogi punkowe zaczęły wyrastać się jak grzyby po deszczu w całym kraju. Ale te „młode załogi” gorzej znały się na muzyce, zwyczajach. Wielu było tzw. sezonami czyli wakacyjnymi punkami. To wszystko wywoływało niechęć starych załogantów, którzy w stylu skinhead znaleźli sposób na podkreślanie swojej odrębności.
Czy „komercjalizacja” punka była powodem, że zostałeś skinem, czy były inne powody?
To był cały splot różnych powodów. Po pierwsza ta „komercjalizacja” (czy też normalizacja) punka, który w moich oczach przestawał być ruchem, a stawał się modą, sposobem zabawy, rozpływał się w tzw. „alternatywie”. Po drugie, jednak fascynacja solidarnością i wojowniczością skinów. Po trzecie, na płaszczyźnie intelektualnej, rozczarowanie wyznawanym dotąd anarchizmem, którego utopijność w zakresie jakichś konstruktywnych rozwiązań zacząłem dostrzegać (trudno było sobie wyobrazić punków jako członków anarchosyndykalistycznych kolektywów robotniczych). Czwarte i najważniejsze – z powodów towarzyskich. W ciągu jednego roku (a właściwie jednego lata) okazało się, że prawie wszyscy kumple z mojej ekipy stali się skinami.

Jako antypolityczny skin w Polsce lat 80-tych miało się jakiekolwiek zatargi z bardziej upolitycznionymi frakcjami na scenie?
Raczej nie. Środowisko było nieliczne, a upolitycznienie bardzo powierzchowne. Były tylko jakieś przytyki, złośliwości. Kpiłem np. ze Strusia (znanego skina z Łodzi, którego poznałem w 1983 jeszcze jako punka), gdy na jakimś koncercie pojawił się we własnoręcznie zrobionej koszulce z herbem: na połowie tarczy pół Orła Białego, na drugiej – pół swastyki. Pierwsza poważna bijatyka między „narodowcami” (Kraków, Opole) a oi’owcami (Sosnowiec, Katowice) miała miejsce dopiero w 1990 roku na koncercie w Sosnowcu (Oi dla Ojczyzny – II Uderzenie). Ale i tu bezpośrednią przyczyną nie była polityka, ale to, że ktoś komuś ukradł kurtkę… Potem oi’owcy nagle zaniknęli, by odrodzić się dopiero w drugiej połowie lat 90 (zespoły takie jak Skankan, ziny Ska Fever, Skinhead Sosnowiec itp.).
Bogdan z zespołu BTM wspominał w wywiadzie, że już w 1984 roku starał się jak najbardziej zbliżyć do oryginalnego wyglądu skinheadów z 1969 roku – znalazł nawet spodnie kierowcy autobusu, które wyglądały trochę jak spodnie ‘Sta Prest’. Czy takie szczegółowe zainteresowanie początkiem oraz kreatywność w dążeniu do uzyskania podobnego stylu były raczej wyjątkiem?
Jestem tu mało kompetentny, bo mnie ubiór, wygląd mało interesował. Na pewno nie tylko Bogdan starał się wyglądać ortodoksyjnie, ale to była raczej mniejszość. Raz, że dostęp do choćby jakichś zdjęć brytyjskich skinheadów był ograniczony, dwa – oryginalne ciuchy typu Martens, Lonsdale, Fred Perry były poza zasięgiem naszych możliwości.
Więc jak się ubieraliście w latach 80.?
W latach 80. skini chodzili głównie w dżinsowych kurtkach, obowiązkowym atrybutem były szelki i buty, najlepiej „rumuny” (rumuńskie buty robocze), do wysoko podwiniętych dżinsów. Jakąś rolę odgrywał kolor sznurówek (białe, czerwone), ale każdy mówił coś innego, więc ja nosiłem po prostu czarne. Co istotne – nie golono wtedy głów, po prostu włosy miały być krótkie. W latach 90. upowszechniły się „bombery” („flyersy”, „fleki”) – niby-amerykańskie kurtki lotnicze z pomarańczową podszewką, najpierw zielone, potem (mniej więcej wraz z modą na NS) czarne; do tego noszono dżinsy (najlepiej Lewisy 501) a w bardziej ortodoksyjnej wersji spodnie bojówki typu kamuflaż. Do tego T-shirty, rzadziej polówki, jeszcze rzadziej koszule (zwłaszcza w kratę).

W ekipie sosnowieckiej, z którą byłem związany, panowała raczej zasada, żeby nie wyróżniać się za bardzo wyglądem (może z powodów praktycznych, ze względu na chuligański charakter). Trochę w stylu casuals. Zresztą każdy inaczej się ubierał (np. Pastor wyglądał jak ortodoksyjny punk). A moja kurtka była de facto strażacka, przefarbowana na brązowo (noszenie sortów mundurowych przez osoby nieuprawnione było karane).
Coś więcej o „sosnowieckiej ekipie”, którą wspominasz?
Cóż, wśród osławionych „skinheadów z Sosnowca” nie wszyscy byli skinami i nie wszyscy byli z Sosnowca. [śmiech] Choćby ja, ale też np. Szerman, Dyzio i Długi byli z Katowic. Do tego Pastor był punkiem, a Małpa fanem ska i reggae. W ogóle nie było żadnej ortodoksji. Ekipa generalnie była awanturniczo-rozrywkowa. Ale nie ćpali, co najwyżej może sporadycznie przypalali trawkę. Ciężkie narkotyki pozostawały tabu, bo widzieliśmy degenerację narkomanów. Jak to powiedział jeden z chłopaków: „Nasza dewiza to trzy razy P: piwo, panienki… a trzecie P nie pamiętam”. [śmiech] Przy tym stereotyp tępego skina się tu nie sprawdzał, bo np. Szczygieł to był świetny rysownik i w ogóle myślący gość. Wydawał artzina Manana, w którym propagował wymyślony przez siebie kierunek artystyczny „manianyzm” (od hiszpańskiego „jutro”) będący, jak tłumaczył, „futuryzmem rozmienionym na drobne”. Poza tym Majcher, bracia Apacz i Jaszczur, Płetwa, Śruba, Mrówa, Gruby Rycho, nierozłączni Cegła i Generał… i inni, których już nie pamiętam. To była fajna ekipa. To byli goście, którzy jak cię uznali za swojego, to się podzielili z tobą ostatnią kromką chleba i ostatnim kieliszkiem wódki, no i oczywiście w zadymach stali za tobą jak mur (sam się o tym przekonałem, jak miałem zatarg z Cyganami). Ale dla nie-swojaków, nie czarujmy się, potrafili być niemili. I byli twardzi. O tym mógłbym długo, ale może tylko jedna historia. Kiedyś zerwali koncert w klubie studenckim rozpylając gaz łzawiący – cała publiczność opuściła piwniczną salę koncertową a oni w niej zostali, bo uodparniali się na działanie gazu…

Pokazałeś mi niedawno twoją naszywkę Nabat z lat 80-tych. Zrobiłeś ją sam?
Zrobił to kumpel na moje zamówienie. Nie pamiętam kiedy, w każdym razie nosiłem to jeszcze na kurtce moro (strażackiej) a nie dżinsowej. Nabat był na tyle popularny, że w Raciborzu mieli własną przeróbkę Laida Bologna: „Przyfrunęła dziś ponura nowina / że w Raciborzu zajebali skina / eee aee ae aee ae aee ae / Zajebali skina / Zajebali skina / Zajebali z kina FILM!”.
Logo Nabatu z trupią czaszką inspirowało później też logo krakowskiej kapeli Sztorm 68. Jak Sztorm miał wydawać pierwszą kasetę zaproponowałem na okładkę orła (bez korony) na tle krzyża celtyckiego (w pogańskiej wersji). Kelian (wokalista) zaprotestował: „Żadnych orzełków, żadnych krzyżyków! Tylko twarde narodowo-robotnicze klimaty”.
Do tego zespołu na pewno jeszcze powrócimy.
KLIKNIJ, ABY PRZEJŚĆ DO CZĘŚCI 2: MUZYKA OI, ZINY I METALOWCY


- W wywiadzie dla magazynu T3 Radia Szczecin Andrus wyjaśnił: “(…) dowiedziałem się, że pierwsza grupa skinheadów w Polsce spotykała się na Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie. Zaskoczył mnie zamek jako miejsce ich spotkania, bo sobie wyobraziłem, że chodzili i zwiedzali sale muzealne, że na glany zakładali kapcie ochronne, że oprowadzała ich starsza przewodniczka, której byli posłuszni, że te “skinheadowe zachowania” zostawiali gdzieś na zewnątrz zamku.” ↩︎